Archiwum kategorii ‘2008’

Opublikowane 1 lipca, 2009 przez Wojtek

Dawno temu w Ameryce.

No tak… już prawie rok minął od naszego powrotu z USA. Szczerze mówiąc to dziś wydaje mi się że to było wieki temu. Wiele osób pytało mnie o zdjęcia i wrażenia z pobytu za wielką wodą, ale jak zwykle po urlopie – nawarstwiło się tyle spraw i obowiązków, że ja sam (przy nieustannej pomocy żonki), odsunąłem pisanie na blogu na nieco późniejszy termin. A jak głosi jedna z naszych biurowych maksym – sprawa raz odłożona dalej odkłada się sama :D Ale w końcu zebrałem się w sobie i wybrałem z około tysiąca zdjęć kilkadziesiąt, którymi będę chciał opowiedzieć Wam historię naszego pobytu w Stanach Zjednoczonych.

Wylatywaliśmy pod koniec października, wczesnym rankiem, z Berlina. Kontrola na lotnisku szybka, profesjonalna i z szacunkiem dla pasażera (w przeciwieństwie do tego, co doświadczyliśmy później). Potem zajmujemy miejsca i… 9 godzin czekania. To było okropnie męczące. Samolot na ekranie, który wisiał nad przejściem i pokazywał przebieg lotu przesuwał się tal powoli… Zgroza. Staraliśmy się robić jedno, czyli…

Ale ile można spać :) Dlatego byłem ogromnie szczęśliwy, gdy w końcu wylądowaliśmy w Nowym Jorku. Potem szybko zarezerwowany wcześniej shuttle-bus do hostelu i… nareszcie jesteśmy. Po południu, po rozpakowaniu się, wybraliśmy się na przechadzkę po okolicy. Było paskudnie zimno, a do tego okazało się, że mieszkamy w Harlemie (jednej z północnych dzielnic NYC). Jako grupa 10 białych byliśmy na ulicach… zjawiskiem :D

Ciekawym doświadczeniem była dla wszystkich pierwsza noc. Pomiędzy Polską a Nowym Jorkiem jest 6 godzin różnicy. Więc gdy kładliśmy się spać o 21:00 czasu nowojorskiego, w Polsce była 3 w nocy. Nasze biologiczne zegary nie pozwoliły nam spać dłużej niż do 10 czasu polskiego – ale w Nowym Jorku była wtedy… 4 rano :) Śmiesznie była patrzeć, jak wszyscy niemal równocześnie poderwaliśmy się z łóżek. Inne śmieszne doświadczenie to pierwsza wizyta w łazience. Podnoszę deskę klozetową a tam… sedes pełen wody. Pierwsza myśl –  holender, zatkane !! Ale okazuje się, że niekoniecznie – taki jest „system” w Ameryce.

W końcu pierwsze wyjście na miasto. Jest cieplej niż wczoraj i droga do metra staje się przyjemnym spacerem. Ale najpierw oczywiście zbiorowa fotka pod amerykańską flagą, która powiewa na budynku naszego hostelu:

Światło tego ranka było tak miłe, że nie omieszkałem strzelić portretu najstarszemu uczestnikowi naszej eskapady: 67-letniej Zdzisi.

Choć ze względu na swoją nazwę dzielnica nie kojarzy się dobrze, jednak architektonicznie prezentuje się bardzo sympatycznie – drogie auta, ładne domy i wszędzie obecne, znane z amerykańskich filmów – drabinki przeciwpożarowe. A tak na marginesie – to co widać na zdjęciu poniżej to słynna 5th Avenue czyli 5-ta aleja, ale na odcinku, który nie jest tak znany i bogaty jak w swoim południowym biegu.

Wchodzimy do metra – stacja mała, ciasna i mroczna – jak z najciemniejszych gangsterskich filmów. Obsługa to 1 osoba zamknięta w metalowej budce. Kupujemy bilety w automacie i przechodzimy przez znane też z filmów obrotowe barierki. W metrze niespodzianka – polskojęzyczny plakat informujący o pomocy medycznej i psychologicznej dla mieszkańców NYC po 11.09. Widać jak głęboko te wydarzenia wyryły swoje piętno na sercach i zdrowiu nowojorczyków.

Metrem dojechaliśmy na sam koniec manhatańskiego półwyspu. Na pierwszy ogień zwiedzania poszło muzeum Indian z ekspozycją  kilkudziesięciu oryginalnych strojów.

I ruszamy w miasto. Nowy Jork przytłacza wysokością swoich wieżowców. Uliczki między nimi ciasne i zacienione. Czasami spomiędzy wieżowców wyłania się jakiś stylowy budynek, jakby z innej epoki.

Oczywiście w planie był wypad na statuę wolności, niestety – z powodu gigantycznej kolejki do promu i paskudnej pogody tylko pomachaliśmy jej z daleka.

Docieramy do „grund zero”. W zasadzie to nie zauważyłbym tego, że jesteśmy na miejscu, gdyby nie wjeżdżający akurat do remizy wóz strażacki. Na ścianie remizy zauważyliśmy potężną tablicę przedstawiającą atak na WTC oraz zdjęcia ponad 300 strażaków, którzy oddali życie w akcji ratowniczej. Sama „strefa zero” jest miejscem budowy, dlatego też jest otoczona wysoką siatką i tylko przez nią możemy dostrzec co się dzieje wewnątrz.

Po strefie zero zwiedziliśmy budynki światowego centrum finansów.

Stamtąd poszliśmy w kierunku Wallstreet. Po drodze zahaczyliśmy jednak o Trinity Church – obecnie episkopalny kościół, który wraz z przylegającym do niego małym cmentarzem wygląda jak nie z tej bajki w otoczeniu wieżowców. Położenie kościoła doskonale obrazuje to zdjęcie (zapożyczone z serwisu www.nyc-architecture.com) wykonane z nieistniejącej już wieży WTC.

W samym kościele zaciekawiła mnie umieszczona w jednej z bocznych naw tablica erekcyjna. Głosi ona mniej więcej coś takiego: „na chwałę Boża i dla umocnienia religii chrześcijańskiej, pierwszy kamień pod budowę kościoła wmurowano 18 sierpnia 1788 roku, w 13 roku niepodległości Stanów Zjednoczonych”. Tak sobie pomyślałem… 13 rok niepodległości Polski to gdzieś tak 979 – czasy Mieszka i Chrobrego – jakim więc dziedzictwem i historią mogą się pochwalić Stany w stosunku do Europy :)

Teraz kierunek Wallstreet, wcześniej jednak pamiątkowe zdjęcie ze strażnikiem miejskim, który zaczepił nas przed kościołem.

Kilka kroków i stoimy na Wallstreet, przed budynkiem giełdy nowojorskiej.

Z tej strony w ogóle nie wygląda okazale, ale wystarczy tylko pójść trochę dalej by zobaczyć inne oblicze budynku:

Poza budynkiem giełdy Wallstreet wcale nie wygląda okazale. No może z wyjątkiem sklepu Tiffany’ego.

Kolejnym punktem dnia był brookliński most i port w jego otoczeniu.

To, rzucało się w oczy w samym Nowym Jorku to bardzo duża ilość Żydów. Ubrani w tradycyjne stroje i pejsy byli rozpoznawalni tak na ulicach, jak i np. w Światowym Centrum Finansów. Poniżej jedna z bożnic żydowskich w okolicy Wallstreet.

Nie mogłoby być wizyty w Nowym Jorku bez odwiedzenia jednej z jego najsłynniejszych ulic, czyli Brodway’u. Rzeczywiście nie da się nie zauważyć, że ilość neonów reklamujących teatry, operetki itd. jest nieporównywalna z żadną inną ulicą w żadnym chyba innym mieście na świecie. Brodway w okolicach Time Square to z kolei (zwłaszcza po zmroku) kraina gigantycznych rozmiarów reklam i neonów. To miejsce naprawdę robi wrażenie.

Kolejny dzień w Nowym Jorku zdominowała wizyta w Muzeum Historii Naturalnej (znanego chociażby z filmu „Noc w muzeum”). Ekspozycje były tak przygotowane, że gdyby nie kiepskawe światło mógłbym udawać, że byłem na safarii :)

To co mi się osobiście bardzo podobało to miniatury obrazujące życie różnych ludów i plemion:

Nie mogło zabraknąć zdjęć ze słynnym (z filmu „Noc w muzeum”) „Dziamdziamem” :)

i dinozaurami, z których kolekcji słynie to muzeum:

Małym przerywnikiem (i odpoczynkiem dla nóg) była – wykupiona oczywiście wcześniej – wizyta w pseudo-planetarium. Było to kino wkomponowane w ogromną kulę, gdzie ekranem była kopuła. Zaprezentowano film kosmicznej kolizji która zdaniem autorów ukształtowała ziemię, przyczyniłam się do powstania księżyca i może zagrażać nam ponownie w przyszłości.

Nie obejrzeliśmy wszystkiego w Muzeum Historii Naturalnej – na to trzeba by poświęcić więcej niż te kilka godzin, które sobie wyznaczyliśmy. Chyba każdy z nas ma cichą nadzieję, że tu wróci :)

Muzeum przylega do Central-Parku, naturalną więc koleją rzeczy była to nasz kolejny cel w NYC.

Zabrakło czasu na odwiedzenie wielu innych atrakcji Nowego Jorku. Ja osobiście najbardziej żałuje, że nie zdążyliśmy wjechać na Empire State Building – pomachałem mu tylko ze środka nowojorskiej ulicy.

Nasz czas w NYC minął szybko i po 3 dniach stawiliśmy się na lotnisku Newark by obrać azymut na główny cel naszej wyprawy – Internatiol House of Prayer (IHOP) w Kansas City. Polecieliśmy tam odrzutowcem, jakim nikt z nas jeszcze nie latał. Spotkałem się już z określeniem „powietrzny autobus” czy „powietrzna taksówka”, ale po raz pierwszy doświadczyłem jak to wygląda w rzeczywistości. A wygląda tak, że można się… klaustrofobii nabawić :) Samolot zabiera ok. 50-60 osób, ma wąskie przejście i podobne siedzenia :) Daleko mu do kolosa, który przywiózł nas tu z Europy. Muszę przyznać, że trochę się bałem, że gdyby coś się stało, to nie byłoby nawet gdzie się schować. Tak to wyglądało od środka…

… atak z zewnątrz.

I w końcu dotarliśmy do Kansas City. Na początku lekki stres na lotnisku przy załatwianiu wynajmu samochodu (wynajęliśmy go jeszcze w Polsce, ale weź bądź człowieku pewien że wszystko rozumiesz i nie dasz sobie wcisnąć jakiegoś extra-płatnego kitu). Na nasze szczęście, w ramach rekompensaty za przedłużające się formalności (podwójne wypełnianie umowy itp). dostaliśmy nawigację za 50% normalnej stawki. Jak się potem okazało – trudno by na było bez niej. Jeszcze tylko chwila niepewności na parkingu i ze zdziwieniem stwierdzamy wraz z Maćkiem i Grzesiem, że naszym „autem klasy średniej” jest…. Subaru Legacy :)) Oj dziwne mają Ci amerykanie standardy :)

W końcu dotarliśmy do IHOP. Czym jest IHOP ?? Jest to miejsce, w którym od bodajże 9 lat trwa nieustanna (dosłownie), 24 godziny na dobę i 7 dni w tygodniu, modlitwa i uwielbienie dla Boga. Wizję IHOP otrzymał od Boga wiele lat temu lider misji – Mike Bickle – i 9 lat temu wprowadził ją w życie. Dzisiaj IHOP to duże centrum misyjne, które poza głównym budynkiem (z salą modlitwy, księgarnią, itp) przy Red Bridge Road, kompleksem hotelowo-mieszkalnym Herrnhut posiada jeszcze 2 duże ośrodki w których znajdują się: szkoła muzyczna i tańca, młodzieżowa sala modlitwy, wydawnictwo, szkoła misyjna i wielka sala do nabożeństw i konferencji, która może pomieścić (na moje oko) ok. 1000 osób. Oczywiście centrum IHOP jest wspomniana już wcześniej sala modlitwy, w której non-stop trwa modlitwa i uwielbienie. Członkowie społeczności IHOP, którzy usługują w uwielbieniu podzieleni są na grupy. Każda z nich prowadzi modlitwę przez 2 godziny, po czym przychodzą zmiennicy.

Sama sala modlitwy mieści ok. 800 osób i jest miejsce ciekawym. W przeciwieństwie do znanych nam wszystkim świątyń nie przychodzi się tam na określone godziny. Można wejść i wyjść w każdej chwili. Istotą IHOP jest uwielbienie Boga i spotkanie się z Nim tak poprzez czynny udział, jak i po prostu przebywanie w Jego obecności. Biblia mówi, że Pan przebywa w chwale swojego ludu. I uwierzcie, że w miejscu, gdzie uwielbia się Boga przez cały czas czuć Jego obecność. Dlatego wiele osób przychodzi do sali modlitwy nawet, jeśli nie zamierza się czynnie modlić. Przychodzi po prostu pobyć. Do sali modlitwy można wnieść laptopy i na nich pracować – są rozstawione stoły z krzesłami, gniazdka, w całej sali jest darmowy bezprzewodowy internet. Jedynym wymogiem jest ściszony dźwięk lub założone słuchawki.

Sala modlitwy jest miejscem „muzycznym”, ponieważ uwielbienie odbywa się głównie poprzez muzykę. W ciągu dnia można usłyszeć różne style muzyki, w zależności od preferencji prowadzącego uwielbienie. Nie jest to jednak muzyka w stylu kawiarnianym – jest ona cały czas skupiona na uwielbieniu Boga. Często uwielbienie „muzyczne” uzupełniane jest modlitwą wstawienniczą – na monitorach podawana jest intencja i chętni mogą podejść do przygotowanego mikrofonu by modlić się na głos.

Nasz pobyt w Kansas przypadł na moment wyborów prezydenckich w USA. Barack Obama nie był kandydatem, którego wspierali ludzie wierzący. Między innymi dlatego, że – jak sam później przyznał – jest zwolennikiem aborcji i generalnie ma poglądy, które cokolwiek mijają się z biblijnym przesłaniem. Dlatego gdy wygrał, widać było wyraźny smutek na twarzach naszych amerykańskich gospodarzy. Pamiętam szczególnie jedną modlitwę po ogłoszeniu jego wygranej. Starszy mężczyzna ze zdjęcia poniżej podszedł do mikrofonu, wyjął 1-dolarowy banknot i przeczytał napis na nim „In God we trust” („w Bogu nasza ufność” lub „Bogu zaufaliśmy”) i skomentował: i nic tego nie zmieni. Bardzo mi się to podobało.

W IHOP jest także miejsce na inne sposoby wyrażania się przed Bogiem – np. w tańcu. Na środku sali wyznaczono duże miejsce, w którym można – jak Dawid, gdy sprowadził Arkę do Jerozolimy – w dowolny sposób tańcem wyrażać się przed Bogiem.

Z tego co zauważyłem – bardzo wiele osób spędza czas w sali modlitwy aby po prostu wyciszyć się i spotkać się z Bogiem. Taki był też nasz cel przyjazdu tutaj – oderwani od codziennych zajęć, zleceń i telefonów chcieliśmy się w naszym codziennym biegu po prostu zatrzymać i skupić na Tym, kto jest dla nas w życiu najważniejszy.

Poza czasem spędzanym w sali modlitwy mieliśmy przygotowany także program wykładów, które prowadzili współpracownicy i liderzy IHOP. Tematem większości z nich było powtórne przyjście Pana Jezusa i nasze na to przygotowanie, ale najbardziej lubiłem, gdy wykładowca „zbaczał z kursu” i mówił o rzeczach niezaplanowanych w wykładzie – np. o Bożej miłości do nas i tym, jak nas widzi Bóg mimo naszych słabości i potknięć.
Codziennością w Stanach było szukanie kontaktu z bliskimi. Telefony nie wchodziły w grę, dlatego szczerze błogosławiliśmy Pana Boga za wynalazek internetu :) Najpierw telefon z dostępem do sieci wifi naszego przyjaciela Grzesia a potem pierwszy kupiony laptop stawały się od razu centrum telekomunikacyjnym na całą Polskę: Skype odpalony, słuchawki na uszy i można rozmawiać.

Co do samych Stanów: są na pewno inne. Mimo krótszej historii widać wyraźnie, że nie mieli problemu ani z komunizmem i jego spuścizną ani z – tak naprawdę – z żadnymi trudnościami, przez jakie przechodziliśmy my jako Polacy. Wszystkiego jest dużo i wszystko jest duże – aż do przesady. Litrowe słoiki majonezów i 2-kg paczki kaw na półkach zdziwią każdego europejczyka :) Na minus jest jak dla mnie struktura handlowa – w Warszawie czy Berlinie co chwila trafisz na mały spożywczak, w którym kupisz mleko czy wędliny względnie schludnie przechowywane i podane. Ze sklepu w którym robiliśmy zakupy w Nowym Jorku większość z Was zapewne nie kupiła by nic poza papierem toaletowym czy łapkami na muchy: śmierdzące ryby leżą obok chleb, warzyw itp. Żeby zrobić sensowne zakupy spożywcze trzeba wybrać się na obrzeża miasta do wielkiego centrum, w którym nie da się zrobić „szybkich zakupów”. Eh… Na plus na pewno luz i podejście do życia (I’m fine :O)). I cena paliwa oczywiście :) O cenach innych artykułów (zwłaszcza elektroniki) nie wspomnę, bo po co się złościć :D

Ale czas było wracać. W drodze powrotnej mieliśmy kilka godzin na przesiadkę, mogliśmy więc przyjrzeć się temu kolosowi zwanemu „lotnisko Newark”. Położone jest w New Jersy – ok. 40 min. samochodem (w ruchu miejskim) od centrum NJ. Jest potężne – posiada 3 terminale (A, B, C) a każde kilkadziesiąt bramek. Aby dostać się z jednego na drugi należy poruszać się wewnętrzną kolejką, która kursuje po obrzeżach budynku lotniska.

Jeszcze tylko 6-7 godzin pod lotniczym kocykiem i… oglądamy wschód słońca nad Europą

Fajnie jest wrócić do domu. Ale w Stanach też było ciekawie. Z Bożą pomocą chcielibyśmy z Agnieszką niebawem tam wrócić – i do IHOP, i do NYC, i w wiele zakątków, których nie widzieliśmy.

Tagi: , ,

Opublikowane 2 stycznia, 2009 przez Wojtek

Sylwestrowy plener

Sylwester była dla chyba większości z nas dniem wolnym od pracy, lub dniem pracy krótszej niż zwykle. Nie chcąc zmarnować wolnego czasu umówiliśmy się na wspólny spacer z zaprzyjaźnioną rodziną. Oczywiście dla mnie było to spotkanie robocze – chcę lepiej obyć się z moim nowym nabytkiem. Ponieważ używałem teleobiektywu 70-200 f4 L a nie miałem monopodu (jeden kupiony w pewnej łódzkiej firmie rozleciał się chwilkę po założeniu na niego 5D wraz z 70-200), postanowiłem wypróbować najmocniejszy atut Canon 5D mark II  – wysokie ISO. Wszystkie zdjęcia robiłem na minimum ISO 1600 i przyznam szczerze – dopiero powiększenie zdjęcia do 100% wielkości (albo w praktyce – oglądanie odbitki A4 pod lupą) pozwala zauważyć jakiekolwiek ziarno. Brzmi ciekawie, zwłaszcza w perspektywie ślubów i trudnych warunków oświetleniowych w naszych kościołach.

Ale wróćmy do pleneru.

Już w pierwszej alejce puściliśmy wszyscy wodze szaleństwa i maluchy (sorry Jerry :D ) rozbrykały się aż miło…

Tatuś też nie był lepszy :)

Jednak Maciek najwyraźniej wcale się nie bał, a wręcz doskonale bawił:

I jeszcze trochę Maciusia – odkrywcy:

Jeremiasz nie pozostawał w tyle za młodszym bratem (choć przyznać trzeba, że ten chadzał raczej własnymi drogami…)

Ustawić do wspólnego zdjęcia 3 aktywne osóbki – sprawa okazuje się nie taka prosta:

Pewnych zdjęć nie da się zrobić o każdej porze roku. Poniższe 2 zdjęcia mogły powstać tylko zimą, ponieważ tylko o tej porze roku słońce jest na tyle nisko na nieboskłonie, by generować swiatło o unikalnej tonacji.

W trakcie całego – blisko półtpragodzinnego spaceru – udało mi się zrobić chłopcom kilka ciekawych moim zdaniem portetów:

Maciuś:

Jeremiasz:

I to byłoby na tyle. Kto następny chętny ?? :)

Ps. Jako, że mamy początek nowego roku chciałbym życzyć wszystkim czytelnikom i „oglądaczom” mojego bloga wszystkiego co najlepsze w nowym, 2009 roku. Niech spełnią się marzenia – a to jest realne (wiem coś o tym), niech miłość i pokój zagości w Waszych sercach i Waszych domach. A miłość ma jedno tylko źródło – jest nią ojcowskie serce Boga, który (jak napisano w księdze Jeremiasza 28,11) ma dobry myśli o nas: myśli pełne pokoju a nie zagłady, by zapewnić nam przyszłość i tchnąć nadzieją. Życzę Wam Jezusa, który jest odpowiedzią na każdą bolączkę tego świata.

Pozdrawiam
Wojtek

Tagi: ,

Opublikowane 28 grudnia, 2008 przez Wojtek

Żelazny most raz jeszcze.

I znowu udało nam się w miarę pożytecznie spędzić niedzielę. Wraz ze szwagrem Jackiem i jego dwoma synami wybraliśmy się raz jeszcze na odwiedzany wczoraj żelazny most nad Myślą. Niestety słońce prawie się już schowało i nie było łaskawe tak jak wczoraj, ale myślę, że obaj z Jackiem zrobiliśmy co najmniej kilka fajnych zdjęć. Efekty moich zmagań ze światłem i kadrem poniżej. Zdjęcia Jacka (a jakże – też fotografa można obejrzeć tu: www.owsian.xon.pl).

Dziś pracowałem tylko z obiektywem 35mm f1.4. Przedstawiam Maćka:

Tatę Jacka (sory za wpakowanie się w kadr :D)

oraz Dawida.

Życzę wszystkim ochotnych powrotów do pracy po świątecznym lenistwie :)

Tagi: , ,

Opublikowane 27 grudnia, 2008 przez Wojtek

Na żelaznym moście

Zachęceni wczorajszym aktywnym dniem zaprosiliśmy dziś na spacer rodzinę mojej żonki. Wraz z Anią, Weroniką i Babcią Józią wybraliśmy się do lasu, w okolice żelaznego mostu. Część zdjęć zaprezentuje w odcieniach szarości, ponieważ naszym z Agą zdaniem tak lepiej się prezentują.

Weronika

Ania

Rodzinnie czyli mam z córką

Babcia Józia

Aga z Anią

Moja wspaniała wife :)

Na koniec ewenement – na parę zdjęć załapałem się i ja, który z reguły wiszę po drugiej stronie obiektywu. Zdjęcia są autorstwa Ani, której serdecznie dziękuje, bo są to nieliczne zdjęcia, na których mogę na siebie patrzeć, ba, nawet – jak na mój gust – całkiem nieźle wyglądam :D

Najpierw z moją Agusią.

I w końcu sesja solowa:

To zdjęcie ma specjalną dedykację dla mojej żonki: to ja, Twój misiek :)

Wszystkie zdjęcia w tej sesji robione były Canonen 5D mark II z obiektywem 70-200 f4. Zapraszam do wyrażenia swoich opinii.

Tagi: ,

Opublikowane 27 grudnia, 2008 przez Wojtek

Sesja w domowym zaciszu.

Leśny plener nie wyczerpał wspólnego apetytu na zdjęcia. Po południu, uzbrojeni w kilka lamp i parasolek zjawiliśmy się wraz z Agą w domu Igora i Hani. Nie będę się rozpisywał co i jak, po prostu zapraszam do obejrzenia wyników naszej pracy. Wybaczcie proszę powtarzające się na każdym zdjęciu tło, ale w domowych warunkach trudno o mobilność, jaką daje typowe, wyposażone w zmienne tła atelier.

Nasza modelka numer 1 – Hania.

Nie wiedziałem, że ktoś może uzbierać taką górę pluszaków :D

Tu nowa kreacja i nowa poza:

Szukacie modelki dziecięcej do reklamy ?? Służę telefonem :)

Staraliśmy się zaaranżować wichurę, która by efektownie rozwiewała włosy Hanii – niestety – suszarka miała za małą moc :D

Pozowania ciąg dalszy:

Na plan zdjęciowy wkracza pogromca pluszaków – Igor.

Pluszaki to nie zabawki dla chłopaków. Myśliwce z gwiezdnych wojen – to co innego. Portret z ulubionym statkiem w 2 ujęciach:

Chwila zamyślenia:

I na koniec poważny gość:

Czas na wspólne pozowanie:

Poniższe zdjęcie nasuwa mi skojarzenie z filmem „Mr. & Mrs. Smith”.

Chwila dla Taty:

Na koniec wspólne fotki przy choince.

Related Posts with Thumbnails

Tagi: ,