Archiwum kategorii ‘Podróże’

Opublikowane 27 lutego, 2011 przez Wojtek

Za wszystko dziękujcie…

W Liście do Tesaloniczan Apostoł Paweł umieścił tytułową zachętę do dziękowania Panu Bogu za wszystko. Myślałem o tym w trakcie ostatniej drogi do pracy. 50km w jedną stronę, zima nie zima, śnieg, mgła… 40 tyś. km zrobione w niecałe 2 lata. O jak ja bym chciał znowu pracować w Dębnie, wstawać 7:45 i spacerkiem chodzić do pracy. Ale tak nie jest. Jak to mówią nasi południowi sąsiedzi – to se ne vrati :)

Kiedy nie skupiam się na trudnościach i zdobywam się na to, by rzeczywiście dziękować Panu Bogu za wszystko – za kolejny dzień, za to, że mam pracę do której mogę jechać, że jestem w stanie spełnić się jako facet i utrzymać swoją rodzinę – Pan Bóg otwiera mi oczy i pozwala dostrzegać rzeczy piękne w tej mojej codziennej, znanej już niemal na pamięć drodze.

To zdjęcie dedykuję Towarzyszom tych codziennych 50km porannych i popołudniowych wycieczek. Po kliknięciu otworzy się większy format.

Opublikowane 25 kwietnia, 2010 przez Wojtek

Anuśka z Londynem w tle

Korzystając z wielkanocnej przerwy wybraliśmy się z Agą na krótką eskapadę do Londynu, w odwiedziny do szwagrów. Pogoda nie sprzyjała za bardzo zwiedzaniu – nawrót zimy, wprawdzie nie w postaci śniegów i zamieci, ale opadów i obniżonej nieco temperatury generalnie zniechęcił nas do łazęg. Ale kaprysy pogody wynagrodziła nam mała, 10-miesięczna Anka – brzdąc o szerokim uśmiechu i szelmowskim spojrzeniu, z którą spędziliśmy mnóstwo czasu, próbując zatrzymać ją w kadrze.

Anka

Anka zamyślona

Yyyy coś przeskrobałam ??

..

Gdzie mnie jeszcze nie było… :))

..

Anka w na szybko zainspirowanym „studio”.

Portret z Mamą

Z Mamą

Poznajemy świat z Tatą

Z Tatą

Gdy ciocia i wujek zabawiali Anuśkę, Mama miała chwilę dla siebie, np. na podumanie.

zadumana Ewa

Londyn jest miastem wielokulturowym. Widać to na każdym kroku i przyznam szczerze, że trudno było mi się do tego przyzwyczaić. W wielkanocny poniedziałek, w drodze na nabożeństwo w pobliskim kościele baptystycznym mijałem otwarte sklepy i zastanawiałem się, czy dla tych ludzi nie ma żadnej świętości. Dopiero po jakimś czasie doszło do mnie, że ich właścicielami byli np. muzułmanie, dla których Wielkanoc nie jest wystarczającym (jeśli jakimś w ogóle) powodem do rezygnacji z dochodu. Podobną różnorodność zastałem w Kościele, ale tu byli to przynajmniej ludzie zbliżonej do mojej kultury, z którymi wspólnie świętowaliśmy fakt zmartwychwstania Pana Jezusa.

Kościół

Kościół

Kościół

Kościół

Pogoda pogodą, ale choć raz w Londyn wypadało wyjść. Tym razem padło na okolice London Bridge, na który nie starczyło nam czasu poprzednim razem, latem 2009. London Bridge w całej krasie:

London Bridge

HMS Belfast – okręt floty Jej Królewskiej Mości z okresu II wojny światowej (po szczegóły zapraszam do Wikipedii):

HMS Belfast

Londyn zachował przed nami jeszcze wiele ciekawych miejsc. Mamy nadzieję je odwiedzić, jak dobry Pan Bóg rozwieje chmurę pyłu wulkanicznego, poprzez którą dał światu zadufanemu w swoje własne możliwości i osiągnięcia prztyczka w nos :).

Tagi: , , ,

Opublikowane 1 lipca, 2009 przez Wojtek

Dawno temu w Ameryce.

No tak… już prawie rok minął od naszego powrotu z USA. Szczerze mówiąc to dziś wydaje mi się że to było wieki temu. Wiele osób pytało mnie o zdjęcia i wrażenia z pobytu za wielką wodą, ale jak zwykle po urlopie – nawarstwiło się tyle spraw i obowiązków, że ja sam (przy nieustannej pomocy żonki), odsunąłem pisanie na blogu na nieco późniejszy termin. A jak głosi jedna z naszych biurowych maksym – sprawa raz odłożona dalej odkłada się sama :D Ale w końcu zebrałem się w sobie i wybrałem z około tysiąca zdjęć kilkadziesiąt, którymi będę chciał opowiedzieć Wam historię naszego pobytu w Stanach Zjednoczonych.

Wylatywaliśmy pod koniec października, wczesnym rankiem, z Berlina. Kontrola na lotnisku szybka, profesjonalna i z szacunkiem dla pasażera (w przeciwieństwie do tego, co doświadczyliśmy później). Potem zajmujemy miejsca i… 9 godzin czekania. To było okropnie męczące. Samolot na ekranie, który wisiał nad przejściem i pokazywał przebieg lotu przesuwał się tal powoli… Zgroza. Staraliśmy się robić jedno, czyli…

Ale ile można spać :) Dlatego byłem ogromnie szczęśliwy, gdy w końcu wylądowaliśmy w Nowym Jorku. Potem szybko zarezerwowany wcześniej shuttle-bus do hostelu i… nareszcie jesteśmy. Po południu, po rozpakowaniu się, wybraliśmy się na przechadzkę po okolicy. Było paskudnie zimno, a do tego okazało się, że mieszkamy w Harlemie (jednej z północnych dzielnic NYC). Jako grupa 10 białych byliśmy na ulicach… zjawiskiem :D

Ciekawym doświadczeniem była dla wszystkich pierwsza noc. Pomiędzy Polską a Nowym Jorkiem jest 6 godzin różnicy. Więc gdy kładliśmy się spać o 21:00 czasu nowojorskiego, w Polsce była 3 w nocy. Nasze biologiczne zegary nie pozwoliły nam spać dłużej niż do 10 czasu polskiego – ale w Nowym Jorku była wtedy… 4 rano :) Śmiesznie była patrzeć, jak wszyscy niemal równocześnie poderwaliśmy się z łóżek. Inne śmieszne doświadczenie to pierwsza wizyta w łazience. Podnoszę deskę klozetową a tam… sedes pełen wody. Pierwsza myśl –  holender, zatkane !! Ale okazuje się, że niekoniecznie – taki jest „system” w Ameryce.

W końcu pierwsze wyjście na miasto. Jest cieplej niż wczoraj i droga do metra staje się przyjemnym spacerem. Ale najpierw oczywiście zbiorowa fotka pod amerykańską flagą, która powiewa na budynku naszego hostelu:

Światło tego ranka było tak miłe, że nie omieszkałem strzelić portretu najstarszemu uczestnikowi naszej eskapady: 67-letniej Zdzisi.

Choć ze względu na swoją nazwę dzielnica nie kojarzy się dobrze, jednak architektonicznie prezentuje się bardzo sympatycznie – drogie auta, ładne domy i wszędzie obecne, znane z amerykańskich filmów – drabinki przeciwpożarowe. A tak na marginesie – to co widać na zdjęciu poniżej to słynna 5th Avenue czyli 5-ta aleja, ale na odcinku, który nie jest tak znany i bogaty jak w swoim południowym biegu.

Wchodzimy do metra – stacja mała, ciasna i mroczna – jak z najciemniejszych gangsterskich filmów. Obsługa to 1 osoba zamknięta w metalowej budce. Kupujemy bilety w automacie i przechodzimy przez znane też z filmów obrotowe barierki. W metrze niespodzianka – polskojęzyczny plakat informujący o pomocy medycznej i psychologicznej dla mieszkańców NYC po 11.09. Widać jak głęboko te wydarzenia wyryły swoje piętno na sercach i zdrowiu nowojorczyków.

Metrem dojechaliśmy na sam koniec manhatańskiego półwyspu. Na pierwszy ogień zwiedzania poszło muzeum Indian z ekspozycją  kilkudziesięciu oryginalnych strojów.

I ruszamy w miasto. Nowy Jork przytłacza wysokością swoich wieżowców. Uliczki między nimi ciasne i zacienione. Czasami spomiędzy wieżowców wyłania się jakiś stylowy budynek, jakby z innej epoki.

Oczywiście w planie był wypad na statuę wolności, niestety – z powodu gigantycznej kolejki do promu i paskudnej pogody tylko pomachaliśmy jej z daleka.

Docieramy do „grund zero”. W zasadzie to nie zauważyłbym tego, że jesteśmy na miejscu, gdyby nie wjeżdżający akurat do remizy wóz strażacki. Na ścianie remizy zauważyliśmy potężną tablicę przedstawiającą atak na WTC oraz zdjęcia ponad 300 strażaków, którzy oddali życie w akcji ratowniczej. Sama „strefa zero” jest miejscem budowy, dlatego też jest otoczona wysoką siatką i tylko przez nią możemy dostrzec co się dzieje wewnątrz.

Po strefie zero zwiedziliśmy budynki światowego centrum finansów.

Stamtąd poszliśmy w kierunku Wallstreet. Po drodze zahaczyliśmy jednak o Trinity Church – obecnie episkopalny kościół, który wraz z przylegającym do niego małym cmentarzem wygląda jak nie z tej bajki w otoczeniu wieżowców. Położenie kościoła doskonale obrazuje to zdjęcie (zapożyczone z serwisu www.nyc-architecture.com) wykonane z nieistniejącej już wieży WTC.

W samym kościele zaciekawiła mnie umieszczona w jednej z bocznych naw tablica erekcyjna. Głosi ona mniej więcej coś takiego: „na chwałę Boża i dla umocnienia religii chrześcijańskiej, pierwszy kamień pod budowę kościoła wmurowano 18 sierpnia 1788 roku, w 13 roku niepodległości Stanów Zjednoczonych”. Tak sobie pomyślałem… 13 rok niepodległości Polski to gdzieś tak 979 – czasy Mieszka i Chrobrego – jakim więc dziedzictwem i historią mogą się pochwalić Stany w stosunku do Europy :)

Teraz kierunek Wallstreet, wcześniej jednak pamiątkowe zdjęcie ze strażnikiem miejskim, który zaczepił nas przed kościołem.

Kilka kroków i stoimy na Wallstreet, przed budynkiem giełdy nowojorskiej.

Z tej strony w ogóle nie wygląda okazale, ale wystarczy tylko pójść trochę dalej by zobaczyć inne oblicze budynku:

Poza budynkiem giełdy Wallstreet wcale nie wygląda okazale. No może z wyjątkiem sklepu Tiffany’ego.

Kolejnym punktem dnia był brookliński most i port w jego otoczeniu.

To, rzucało się w oczy w samym Nowym Jorku to bardzo duża ilość Żydów. Ubrani w tradycyjne stroje i pejsy byli rozpoznawalni tak na ulicach, jak i np. w Światowym Centrum Finansów. Poniżej jedna z bożnic żydowskich w okolicy Wallstreet.

Nie mogłoby być wizyty w Nowym Jorku bez odwiedzenia jednej z jego najsłynniejszych ulic, czyli Brodway’u. Rzeczywiście nie da się nie zauważyć, że ilość neonów reklamujących teatry, operetki itd. jest nieporównywalna z żadną inną ulicą w żadnym chyba innym mieście na świecie. Brodway w okolicach Time Square to z kolei (zwłaszcza po zmroku) kraina gigantycznych rozmiarów reklam i neonów. To miejsce naprawdę robi wrażenie.

Kolejny dzień w Nowym Jorku zdominowała wizyta w Muzeum Historii Naturalnej (znanego chociażby z filmu „Noc w muzeum”). Ekspozycje były tak przygotowane, że gdyby nie kiepskawe światło mógłbym udawać, że byłem na safarii :)

To co mi się osobiście bardzo podobało to miniatury obrazujące życie różnych ludów i plemion:

Nie mogło zabraknąć zdjęć ze słynnym (z filmu „Noc w muzeum”) „Dziamdziamem” :)

i dinozaurami, z których kolekcji słynie to muzeum:

Małym przerywnikiem (i odpoczynkiem dla nóg) była – wykupiona oczywiście wcześniej – wizyta w pseudo-planetarium. Było to kino wkomponowane w ogromną kulę, gdzie ekranem była kopuła. Zaprezentowano film kosmicznej kolizji która zdaniem autorów ukształtowała ziemię, przyczyniłam się do powstania księżyca i może zagrażać nam ponownie w przyszłości.

Nie obejrzeliśmy wszystkiego w Muzeum Historii Naturalnej – na to trzeba by poświęcić więcej niż te kilka godzin, które sobie wyznaczyliśmy. Chyba każdy z nas ma cichą nadzieję, że tu wróci :)

Muzeum przylega do Central-Parku, naturalną więc koleją rzeczy była to nasz kolejny cel w NYC.

Zabrakło czasu na odwiedzenie wielu innych atrakcji Nowego Jorku. Ja osobiście najbardziej żałuje, że nie zdążyliśmy wjechać na Empire State Building – pomachałem mu tylko ze środka nowojorskiej ulicy.

Nasz czas w NYC minął szybko i po 3 dniach stawiliśmy się na lotnisku Newark by obrać azymut na główny cel naszej wyprawy – Internatiol House of Prayer (IHOP) w Kansas City. Polecieliśmy tam odrzutowcem, jakim nikt z nas jeszcze nie latał. Spotkałem się już z określeniem „powietrzny autobus” czy „powietrzna taksówka”, ale po raz pierwszy doświadczyłem jak to wygląda w rzeczywistości. A wygląda tak, że można się… klaustrofobii nabawić :) Samolot zabiera ok. 50-60 osób, ma wąskie przejście i podobne siedzenia :) Daleko mu do kolosa, który przywiózł nas tu z Europy. Muszę przyznać, że trochę się bałem, że gdyby coś się stało, to nie byłoby nawet gdzie się schować. Tak to wyglądało od środka…

… atak z zewnątrz.

I w końcu dotarliśmy do Kansas City. Na początku lekki stres na lotnisku przy załatwianiu wynajmu samochodu (wynajęliśmy go jeszcze w Polsce, ale weź bądź człowieku pewien że wszystko rozumiesz i nie dasz sobie wcisnąć jakiegoś extra-płatnego kitu). Na nasze szczęście, w ramach rekompensaty za przedłużające się formalności (podwójne wypełnianie umowy itp). dostaliśmy nawigację za 50% normalnej stawki. Jak się potem okazało – trudno by na było bez niej. Jeszcze tylko chwila niepewności na parkingu i ze zdziwieniem stwierdzamy wraz z Maćkiem i Grzesiem, że naszym „autem klasy średniej” jest…. Subaru Legacy :)) Oj dziwne mają Ci amerykanie standardy :)

W końcu dotarliśmy do IHOP. Czym jest IHOP ?? Jest to miejsce, w którym od bodajże 9 lat trwa nieustanna (dosłownie), 24 godziny na dobę i 7 dni w tygodniu, modlitwa i uwielbienie dla Boga. Wizję IHOP otrzymał od Boga wiele lat temu lider misji – Mike Bickle – i 9 lat temu wprowadził ją w życie. Dzisiaj IHOP to duże centrum misyjne, które poza głównym budynkiem (z salą modlitwy, księgarnią, itp) przy Red Bridge Road, kompleksem hotelowo-mieszkalnym Herrnhut posiada jeszcze 2 duże ośrodki w których znajdują się: szkoła muzyczna i tańca, młodzieżowa sala modlitwy, wydawnictwo, szkoła misyjna i wielka sala do nabożeństw i konferencji, która może pomieścić (na moje oko) ok. 1000 osób. Oczywiście centrum IHOP jest wspomniana już wcześniej sala modlitwy, w której non-stop trwa modlitwa i uwielbienie. Członkowie społeczności IHOP, którzy usługują w uwielbieniu podzieleni są na grupy. Każda z nich prowadzi modlitwę przez 2 godziny, po czym przychodzą zmiennicy.

Sama sala modlitwy mieści ok. 800 osób i jest miejsce ciekawym. W przeciwieństwie do znanych nam wszystkim świątyń nie przychodzi się tam na określone godziny. Można wejść i wyjść w każdej chwili. Istotą IHOP jest uwielbienie Boga i spotkanie się z Nim tak poprzez czynny udział, jak i po prostu przebywanie w Jego obecności. Biblia mówi, że Pan przebywa w chwale swojego ludu. I uwierzcie, że w miejscu, gdzie uwielbia się Boga przez cały czas czuć Jego obecność. Dlatego wiele osób przychodzi do sali modlitwy nawet, jeśli nie zamierza się czynnie modlić. Przychodzi po prostu pobyć. Do sali modlitwy można wnieść laptopy i na nich pracować – są rozstawione stoły z krzesłami, gniazdka, w całej sali jest darmowy bezprzewodowy internet. Jedynym wymogiem jest ściszony dźwięk lub założone słuchawki.

Sala modlitwy jest miejscem „muzycznym”, ponieważ uwielbienie odbywa się głównie poprzez muzykę. W ciągu dnia można usłyszeć różne style muzyki, w zależności od preferencji prowadzącego uwielbienie. Nie jest to jednak muzyka w stylu kawiarnianym – jest ona cały czas skupiona na uwielbieniu Boga. Często uwielbienie „muzyczne” uzupełniane jest modlitwą wstawienniczą – na monitorach podawana jest intencja i chętni mogą podejść do przygotowanego mikrofonu by modlić się na głos.

Nasz pobyt w Kansas przypadł na moment wyborów prezydenckich w USA. Barack Obama nie był kandydatem, którego wspierali ludzie wierzący. Między innymi dlatego, że – jak sam później przyznał – jest zwolennikiem aborcji i generalnie ma poglądy, które cokolwiek mijają się z biblijnym przesłaniem. Dlatego gdy wygrał, widać było wyraźny smutek na twarzach naszych amerykańskich gospodarzy. Pamiętam szczególnie jedną modlitwę po ogłoszeniu jego wygranej. Starszy mężczyzna ze zdjęcia poniżej podszedł do mikrofonu, wyjął 1-dolarowy banknot i przeczytał napis na nim „In God we trust” („w Bogu nasza ufność” lub „Bogu zaufaliśmy”) i skomentował: i nic tego nie zmieni. Bardzo mi się to podobało.

W IHOP jest także miejsce na inne sposoby wyrażania się przed Bogiem – np. w tańcu. Na środku sali wyznaczono duże miejsce, w którym można – jak Dawid, gdy sprowadził Arkę do Jerozolimy – w dowolny sposób tańcem wyrażać się przed Bogiem.

Z tego co zauważyłem – bardzo wiele osób spędza czas w sali modlitwy aby po prostu wyciszyć się i spotkać się z Bogiem. Taki był też nasz cel przyjazdu tutaj – oderwani od codziennych zajęć, zleceń i telefonów chcieliśmy się w naszym codziennym biegu po prostu zatrzymać i skupić na Tym, kto jest dla nas w życiu najważniejszy.

Poza czasem spędzanym w sali modlitwy mieliśmy przygotowany także program wykładów, które prowadzili współpracownicy i liderzy IHOP. Tematem większości z nich było powtórne przyjście Pana Jezusa i nasze na to przygotowanie, ale najbardziej lubiłem, gdy wykładowca „zbaczał z kursu” i mówił o rzeczach niezaplanowanych w wykładzie – np. o Bożej miłości do nas i tym, jak nas widzi Bóg mimo naszych słabości i potknięć.
Codziennością w Stanach było szukanie kontaktu z bliskimi. Telefony nie wchodziły w grę, dlatego szczerze błogosławiliśmy Pana Boga za wynalazek internetu :) Najpierw telefon z dostępem do sieci wifi naszego przyjaciela Grzesia a potem pierwszy kupiony laptop stawały się od razu centrum telekomunikacyjnym na całą Polskę: Skype odpalony, słuchawki na uszy i można rozmawiać.

Co do samych Stanów: są na pewno inne. Mimo krótszej historii widać wyraźnie, że nie mieli problemu ani z komunizmem i jego spuścizną ani z – tak naprawdę – z żadnymi trudnościami, przez jakie przechodziliśmy my jako Polacy. Wszystkiego jest dużo i wszystko jest duże – aż do przesady. Litrowe słoiki majonezów i 2-kg paczki kaw na półkach zdziwią każdego europejczyka :) Na minus jest jak dla mnie struktura handlowa – w Warszawie czy Berlinie co chwila trafisz na mały spożywczak, w którym kupisz mleko czy wędliny względnie schludnie przechowywane i podane. Ze sklepu w którym robiliśmy zakupy w Nowym Jorku większość z Was zapewne nie kupiła by nic poza papierem toaletowym czy łapkami na muchy: śmierdzące ryby leżą obok chleb, warzyw itp. Żeby zrobić sensowne zakupy spożywcze trzeba wybrać się na obrzeża miasta do wielkiego centrum, w którym nie da się zrobić „szybkich zakupów”. Eh… Na plus na pewno luz i podejście do życia (I’m fine :O)). I cena paliwa oczywiście :) O cenach innych artykułów (zwłaszcza elektroniki) nie wspomnę, bo po co się złościć :D

Ale czas było wracać. W drodze powrotnej mieliśmy kilka godzin na przesiadkę, mogliśmy więc przyjrzeć się temu kolosowi zwanemu „lotnisko Newark”. Położone jest w New Jersy – ok. 40 min. samochodem (w ruchu miejskim) od centrum NJ. Jest potężne – posiada 3 terminale (A, B, C) a każde kilkadziesiąt bramek. Aby dostać się z jednego na drugi należy poruszać się wewnętrzną kolejką, która kursuje po obrzeżach budynku lotniska.

Jeszcze tylko 6-7 godzin pod lotniczym kocykiem i… oglądamy wschód słońca nad Europą

Fajnie jest wrócić do domu. Ale w Stanach też było ciekawie. Z Bożą pomocą chcielibyśmy z Agnieszką niebawem tam wrócić – i do IHOP, i do NYC, i w wiele zakątków, których nie widzieliśmy.

Tagi: , ,

Opublikowane 17 października, 2007 przez Wojtek

Majorki ciąg dalszy

Jakoś tak się złożyło, że nie mieliśmy czasu, by siąść wspólnie z Agą i wstawić nowsze zdjęcia z Majorki. Ponieważ dzisiaj jestem słomianym wdowcem (Agnieszka została w Kostrzynie by załatwić rano formalności z poprzednią pracą) siadłem, przejrzałem i wybrałem kilka zdjęć. Moja piękniejsza połowa chciała zobaczyć wcześniej wystawiane zdjęcia, a nie może, zatem prezentuje tylko zdjęcia „krajobrazowe”, bez nas. Te znajdą się w galerii, którą planujemy przygotować online dla rodziny i przyjaciół. Linka do galerii wrzucę tu jak będzie gotowa. A wracając do samych zdjęć:

Na początek jeszcze małe co nieco z naszego hotelu: tak wyglądał większy z naszych hotelowych basenów. Niestety było pochmurno, przez to zdjęcie nie oddaje kolorystyki miejsca i klimatu, jaki tworzą palemki i otoczenie.

Nie wiem, czy o tym pisałem w poprzednim poście, ale mam dobrą radę dla wszystkich wybierających się na tę wyspę: nie siedźcie w hotelowych miasteczkach – prawdziwa Majorka zaczyna się poza nimi. Odkryliśmy to z Agą, gdy okazało się, że oferowane przez nasze biuro (www.ltur.de) wycieczki zaplanowano w niemożliwych dla nas terminach. Wtedy wynajęliśmy na 2 dni auto (Fiat Grande Punto Diesel)

i ruszyliśmy w Majorkę. Już kilka kilometrów za naszym miasteczkiem odkryliśmy, jak bardzo różnią się hotelowe miasteczka nad morzem od Majorki „live”, którą można zwiedzić na przykład zbaczając nieco z autostrady do Palmy. Poniżej zdjęcia z wioski Vilafranca de Bonany,

oraz z przepięknego miasteczka Porto Cristo w którym znajdują się znane na cały świat jaskinie z największym na świecie podziemnym jeziorem.

Celem pierwszego dnia naszej eskapady po Majorce było min. otwarte w tym roku akwarium morskie w Palmie. Bilet jak na polskie warunki drogi (ok. 19€), ale naszym zdaniem warto.

Na drugi dzień naszych eskapad po wyspie zaplanowałem zwiedzenie półwyspu Formentor oraz wąwozu Sa Calobra. Formentor jest najdalej na północ wysuniętym miejscem na Majorce. Jest to skalny półwysep z dość krętymi i stromymi drogami uwieńczony latarnią morską. Po drodze utworzono rozległy taras widokowy, z którego widać Formentor oraz (z drugiej strony) rozpoczynającą go zatokę z dwoma portami: Alcudia i Port de Pollenca. Te zdjęcia zrobiliśmy właśnie z tego tarasu widokowego. Do tego miejsca dojeżdzają autokary. Dalej szansę mają tylko osobowe auta lub małe busy.

Z Formentoru ruszyliśmy na południe, wzdłuż zachodniej ściany. Kierowaliśmy się na Soller, ale naszym pośrednim celem była zatoka Sa Calobra z wąwozem Torrent de Parais – drugim co do wielkości wąwozem w Europie utworzonym przez wpadającą do morza rzeczkę. Dziś rzeczka nie wpada bezpośrednio do morza, ponieważ w tym miejscu utworzyła się kamienista plaża. Miejsce jest bardzo urokliwe i podczas mojej pierwszej wizyty na Majorce – ponad 10 lat temu – zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Dlatego postanowiłem za wszelką cenę pokazać je Agnieszce. Było tylko jedno małe „ale” – droga do wąwozu była jeszcze wścieklej kręta i niebezpieczna niż ta Formentor. Poniżej kilka zaczerpniętych z internetu zdjęć przedstawiających tę drogę:

Na szczęście same widoki łagodziły nieco trud podróży. Agnieszka co jakiś czas wołała: „jak tu pięknie, zobacz”, by po chwili zreflektować się i krzyknąć „nie patrz – patrz na drogę” :). Poniżej kilka moich prób oddania uroku tego miejsca:

Na odwiedzinach Torrent de Parais nasze plany się skończyły, gdyż czas naglił, a przed nami było jeszcze spory kawałek wciąż górską drogą (jak na załączonym obrazku)

oraz daleka trasa z Palmy do Sa Coma. Ale nie zawsze trzeba brać auto i objeżdżać Majorkę by trafić na perełki. Jedną taką perełkę odkryliśmy niedaleko nas. Na maleńkim półwyspie, który oddzielał plażę Sa Coma od Cala Millor odkryliśmy podczas jednego ze spacerów prawdziwą, wiekową wieżę obserwacyjną, z której rozciągał się widok na całą naszą okolicę. Oto „El Castel”:

I cóż – wszystko co dobre szybko się kończy, skończył się także nasz romantyczny tydzień na Majorce. Czas był świetny, myślę, że dało nam to bardzo dużo. Wylatywaliśmy wcześnie rano (pobudka o 4, wylot o 7:55). Wschód słońca na wysokości 10 km nad ziemią był cudownym przeżyciem. Zresztą cały lot do Berlina był spokojny i przyjemny.

Przelot nad wybrzeżem i Alpami:

Gdzieś nad Europą:

Schodzimy do lądowania – zanurzamy się w chmurach:

Berlin powitał nas szarzyzną i chłodem – gdzie mu tam do majorkowych 25 stopni ;). Zaczynamy tak zwane „normalne życie”. Jedno wiem – nie pozwolę, by ta „normalność” zabiła cokolwiek między nami.

Mały „update” z naszymi wspólnymi zdjęciami:

 

 

Tagi:

Opublikowane 7 października, 2007 przez Wojtek

Z Majorki fotek kilka.

Mija właśnie drugi dzień naszego pobytu na Majorce. Ponieważ trochę się zachmurzyło, wróciliśmy z plaży i siedząc na balkonie z widokiem na palemki, przeglądamy z żonką zdjęcia, które w ostatnich dniach zrobiliśmy. Podzieliliśmy je na kilka grup:

Hotel:

Mieszkamy na wschodnim wybrzeżu Majorki w miejscowości Sa Coma, w hotelu Protur Sa Coma Playa, który znajduje się większym „obozie” hoteli Protur. Mamy do dyspozycji 2 baseny odkryte i jeden kryty oraz dostęp do parku sportów z darmowymi rowerami itp. Nasz hotel znajduje się ok. 200 metrów w lini prostej od morza (widać go z plaży). Pokój jest miły, widok z balkonu wprawdzie nie na morze, ale też przyjemny – pod oknami palmy i hotelowy ogród z basenem.

Migawka z Sa Coma:

A to już nasz hotel:

Plaża:

Do plaży mamy – jak pisałem – ok. 200 metrów od ogrodzenia hotelu. Jest to średniej wielkości zatoka z drobnym piaskiem i krystaliczną wodą. Przy jej lewym krańcu zaczyna się kamienne wybrzeże. Kamienie momentami przypominają koralowce.

A to typowa przedstawicielka grupy, którą najczęściej spotykamy na plażach czy w hotelu. Dziadkowie/emeryci – stanowią na moje oko ok. 80% gości w Sa Coma. Szczerze powiem, że miło na nich patrzeć, zwłaszcza, gdy spacerują za ręce. Oczywiście są inni niż typowi polscy dziadkowie-emeryci. Są zadbani, dobrze ubrani – widać po nich, że nie wychowywali się w NRD czy PRL a ich emerytury nie tylko wystarczają im do pierwszego, ale pozwalają też radośnie i aktywnie przeżywać jesień życia.

I na koniec kilka zdjęć, które obrazują majorkowe kontrasty, które można zauważyć, gdy się opuści dopieszczony i zadbany teren hotelowy.

Wbrew pozorom to nie jest stadnina przy hotelu, ale specyficzne gospodarstwo rolne zlokalizowane po drugiej stronie drogi, na wprost hoteli. Za walącym się ogrodzeniem na sporym obszarze pasą się konie i osiołki, a hordy kogutów pokrzykują i biją się ze sobą co chwila. Jak u świętej pamięci Dziadka Wiktora w Dargomyślu, tyle, że tam płot zawsze był solidny a koguty po wiosce samopas nie latały ;).

I tyle. Jutro jeszcze – jeśli będzie pogoda – będziemy okupować plaże tudzież hotelowy basen, a od wtorku planujemy rozpocząć wojaże po wyspie. Na koniec zdjęcie, które zrobiłem dziś wieczór i jest dla mnie bardzo szczególne – moja piękna żonka rozmawia przez GG z siotrą – widok szczególny, bo Aga poznaje dopiero tajniki i uroki internetu ;).

Pozdrawiamy

Aga & Wojtek

Related Posts with Thumbnails