Majorki ciąg dalszy

Jakoś tak się złożyło, że nie mieliśmy czasu, by siąść wspólnie z Agą i wstawić nowsze zdjęcia z Majorki. Ponieważ dzisiaj jestem słomianym wdowcem (Agnieszka została w Kostrzynie by załatwić rano formalności z poprzednią pracą) siadłem, przejrzałem i wybrałem kilka zdjęć. Moja piękniejsza połowa chciała zobaczyć wcześniej wystawiane zdjęcia, a nie może, zatem prezentuje tylko zdjęcia „krajobrazowe”, bez nas. Te znajdą się w galerii, którą planujemy przygotować online dla rodziny i przyjaciół. Linka do galerii wrzucę tu jak będzie gotowa. A wracając do samych zdjęć:

Na początek jeszcze małe co nieco z naszego hotelu: tak wyglądał większy z naszych hotelowych basenów. Niestety było pochmurno, przez to zdjęcie nie oddaje kolorystyki miejsca i klimatu, jaki tworzą palemki i otoczenie.

Nie wiem, czy o tym pisałem w poprzednim poście, ale mam dobrą radę dla wszystkich wybierających się na tę wyspę: nie siedźcie w hotelowych miasteczkach – prawdziwa Majorka zaczyna się poza nimi. Odkryliśmy to z Agą, gdy okazało się, że oferowane przez nasze biuro (www.ltur.de) wycieczki zaplanowano w niemożliwych dla nas terminach. Wtedy wynajęliśmy na 2 dni auto (Fiat Grande Punto Diesel)

i ruszyliśmy w Majorkę. Już kilka kilometrów za naszym miasteczkiem odkryliśmy, jak bardzo różnią się hotelowe miasteczka nad morzem od Majorki „live”, którą można zwiedzić na przykład zbaczając nieco z autostrady do Palmy. Poniżej zdjęcia z wioski Vilafranca de Bonany,

oraz z przepięknego miasteczka Porto Cristo w którym znajdują się znane na cały świat jaskinie z największym na świecie podziemnym jeziorem.

Celem pierwszego dnia naszej eskapady po Majorce było min. otwarte w tym roku akwarium morskie w Palmie. Bilet jak na polskie warunki drogi (ok. 19€), ale naszym zdaniem warto.

Na drugi dzień naszych eskapad po wyspie zaplanowałem zwiedzenie półwyspu Formentor oraz wąwozu Sa Calobra. Formentor jest najdalej na północ wysuniętym miejscem na Majorce. Jest to skalny półwysep z dość krętymi i stromymi drogami uwieńczony latarnią morską. Po drodze utworzono rozległy taras widokowy, z którego widać Formentor oraz (z drugiej strony) rozpoczynającą go zatokę z dwoma portami: Alcudia i Port de Pollenca. Te zdjęcia zrobiliśmy właśnie z tego tarasu widokowego. Do tego miejsca dojeżdzają autokary. Dalej szansę mają tylko osobowe auta lub małe busy.

Z Formentoru ruszyliśmy na południe, wzdłuż zachodniej ściany. Kierowaliśmy się na Soller, ale naszym pośrednim celem była zatoka Sa Calobra z wąwozem Torrent de Parais – drugim co do wielkości wąwozem w Europie utworzonym przez wpadającą do morza rzeczkę. Dziś rzeczka nie wpada bezpośrednio do morza, ponieważ w tym miejscu utworzyła się kamienista plaża. Miejsce jest bardzo urokliwe i podczas mojej pierwszej wizyty na Majorce – ponad 10 lat temu – zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Dlatego postanowiłem za wszelką cenę pokazać je Agnieszce. Było tylko jedno małe „ale” – droga do wąwozu była jeszcze wścieklej kręta i niebezpieczna niż ta Formentor. Poniżej kilka zaczerpniętych z internetu zdjęć przedstawiających tę drogę:

Na szczęście same widoki łagodziły nieco trud podróży. Agnieszka co jakiś czas wołała: „jak tu pięknie, zobacz”, by po chwili zreflektować się i krzyknąć „nie patrz – patrz na drogę” :). Poniżej kilka moich prób oddania uroku tego miejsca:

Na odwiedzinach Torrent de Parais nasze plany się skończyły, gdyż czas naglił, a przed nami było jeszcze spory kawałek wciąż górską drogą (jak na załączonym obrazku)

oraz daleka trasa z Palmy do Sa Coma. Ale nie zawsze trzeba brać auto i objeżdżać Majorkę by trafić na perełki. Jedną taką perełkę odkryliśmy niedaleko nas. Na maleńkim półwyspie, który oddzielał plażę Sa Coma od Cala Millor odkryliśmy podczas jednego ze spacerów prawdziwą, wiekową wieżę obserwacyjną, z której rozciągał się widok na całą naszą okolicę. Oto „El Castel”:

I cóż – wszystko co dobre szybko się kończy, skończył się także nasz romantyczny tydzień na Majorce. Czas był świetny, myślę, że dało nam to bardzo dużo. Wylatywaliśmy wcześnie rano (pobudka o 4, wylot o 7:55). Wschód słońca na wysokości 10 km nad ziemią był cudownym przeżyciem. Zresztą cały lot do Berlina był spokojny i przyjemny.

Przelot nad wybrzeżem i Alpami:

Gdzieś nad Europą:

Schodzimy do lądowania – zanurzamy się w chmurach:

Berlin powitał nas szarzyzną i chłodem – gdzie mu tam do majorkowych 25 stopni ;). Zaczynamy tak zwane „normalne życie”. Jedno wiem – nie pozwolę, by ta „normalność” zabiła cokolwiek między nami.

Mały „update” z naszymi wspólnymi zdjęciami:

 

 

Related Posts with Thumbnails

Tags:

Komentarze są wyłączone.