Kategoria tagu: ‘nasz ślub’

Opublikowane 23 października, 2007 przez Wojtek

Przeżyjmy to jeszcze raz.

Przeżyjmy to jeszcze raz.
Przygotowania i błogosławieństwo:

Uroczystość zaślubin:

Wesele:

Plener na Starym Kostrzynie:

Autorem zdjęć jest Paweł Chara. I tyle.Więcej zdjęć na www.aga-i-wojtek.dobrucki.pl

Pozdrawiam.

Tagi:

Opublikowane 17 października, 2007 przez Wojtek

Majorki ciąg dalszy

Jakoś tak się złożyło, że nie mieliśmy czasu, by siąść wspólnie z Agą i wstawić nowsze zdjęcia z Majorki. Ponieważ dzisiaj jestem słomianym wdowcem (Agnieszka została w Kostrzynie by załatwić rano formalności z poprzednią pracą) siadłem, przejrzałem i wybrałem kilka zdjęć. Moja piękniejsza połowa chciała zobaczyć wcześniej wystawiane zdjęcia, a nie może, zatem prezentuje tylko zdjęcia „krajobrazowe”, bez nas. Te znajdą się w galerii, którą planujemy przygotować online dla rodziny i przyjaciół. Linka do galerii wrzucę tu jak będzie gotowa. A wracając do samych zdjęć:

Na początek jeszcze małe co nieco z naszego hotelu: tak wyglądał większy z naszych hotelowych basenów. Niestety było pochmurno, przez to zdjęcie nie oddaje kolorystyki miejsca i klimatu, jaki tworzą palemki i otoczenie.

Nie wiem, czy o tym pisałem w poprzednim poście, ale mam dobrą radę dla wszystkich wybierających się na tę wyspę: nie siedźcie w hotelowych miasteczkach – prawdziwa Majorka zaczyna się poza nimi. Odkryliśmy to z Agą, gdy okazało się, że oferowane przez nasze biuro (www.ltur.de) wycieczki zaplanowano w niemożliwych dla nas terminach. Wtedy wynajęliśmy na 2 dni auto (Fiat Grande Punto Diesel)

i ruszyliśmy w Majorkę. Już kilka kilometrów za naszym miasteczkiem odkryliśmy, jak bardzo różnią się hotelowe miasteczka nad morzem od Majorki „live”, którą można zwiedzić na przykład zbaczając nieco z autostrady do Palmy. Poniżej zdjęcia z wioski Vilafranca de Bonany,

oraz z przepięknego miasteczka Porto Cristo w którym znajdują się znane na cały świat jaskinie z największym na świecie podziemnym jeziorem.

Celem pierwszego dnia naszej eskapady po Majorce było min. otwarte w tym roku akwarium morskie w Palmie. Bilet jak na polskie warunki drogi (ok. 19€), ale naszym zdaniem warto.

Na drugi dzień naszych eskapad po wyspie zaplanowałem zwiedzenie półwyspu Formentor oraz wąwozu Sa Calobra. Formentor jest najdalej na północ wysuniętym miejscem na Majorce. Jest to skalny półwysep z dość krętymi i stromymi drogami uwieńczony latarnią morską. Po drodze utworzono rozległy taras widokowy, z którego widać Formentor oraz (z drugiej strony) rozpoczynającą go zatokę z dwoma portami: Alcudia i Port de Pollenca. Te zdjęcia zrobiliśmy właśnie z tego tarasu widokowego. Do tego miejsca dojeżdzają autokary. Dalej szansę mają tylko osobowe auta lub małe busy.

Z Formentoru ruszyliśmy na południe, wzdłuż zachodniej ściany. Kierowaliśmy się na Soller, ale naszym pośrednim celem była zatoka Sa Calobra z wąwozem Torrent de Parais – drugim co do wielkości wąwozem w Europie utworzonym przez wpadającą do morza rzeczkę. Dziś rzeczka nie wpada bezpośrednio do morza, ponieważ w tym miejscu utworzyła się kamienista plaża. Miejsce jest bardzo urokliwe i podczas mojej pierwszej wizyty na Majorce – ponad 10 lat temu – zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Dlatego postanowiłem za wszelką cenę pokazać je Agnieszce. Było tylko jedno małe „ale” – droga do wąwozu była jeszcze wścieklej kręta i niebezpieczna niż ta Formentor. Poniżej kilka zaczerpniętych z internetu zdjęć przedstawiających tę drogę:

Na szczęście same widoki łagodziły nieco trud podróży. Agnieszka co jakiś czas wołała: „jak tu pięknie, zobacz”, by po chwili zreflektować się i krzyknąć „nie patrz – patrz na drogę” :). Poniżej kilka moich prób oddania uroku tego miejsca:

Na odwiedzinach Torrent de Parais nasze plany się skończyły, gdyż czas naglił, a przed nami było jeszcze spory kawałek wciąż górską drogą (jak na załączonym obrazku)

oraz daleka trasa z Palmy do Sa Coma. Ale nie zawsze trzeba brać auto i objeżdżać Majorkę by trafić na perełki. Jedną taką perełkę odkryliśmy niedaleko nas. Na maleńkim półwyspie, który oddzielał plażę Sa Coma od Cala Millor odkryliśmy podczas jednego ze spacerów prawdziwą, wiekową wieżę obserwacyjną, z której rozciągał się widok na całą naszą okolicę. Oto „El Castel”:

I cóż – wszystko co dobre szybko się kończy, skończył się także nasz romantyczny tydzień na Majorce. Czas był świetny, myślę, że dało nam to bardzo dużo. Wylatywaliśmy wcześnie rano (pobudka o 4, wylot o 7:55). Wschód słońca na wysokości 10 km nad ziemią był cudownym przeżyciem. Zresztą cały lot do Berlina był spokojny i przyjemny.

Przelot nad wybrzeżem i Alpami:

Gdzieś nad Europą:

Schodzimy do lądowania – zanurzamy się w chmurach:

Berlin powitał nas szarzyzną i chłodem – gdzie mu tam do majorkowych 25 stopni ;). Zaczynamy tak zwane „normalne życie”. Jedno wiem – nie pozwolę, by ta „normalność” zabiła cokolwiek między nami.

Mały „update” z naszymi wspólnymi zdjęciami:

 

 

Tagi:

Opublikowane 6 października, 2007 przez Wojtek

Dzień dobry z Majorki

Moja żona słodko śpi, a ja się obudziłem i ni jak nie mogę dalej zasnąć, choć położyliśmy się spać grubo po północy. Wyczytałem w opisie hotelu, że gdzieś tam ma działać hotelowy hot-spot. Wytaszczyłem laptopa na taras (by nie budzić żonki), podpiąłem kartę wifi i.. mam :) Więc mogę opisać naszą drogę z Dębna do Sa Coma na Majorce.

Wystartowaliśmy z międzylądowaniem w Kostrzynie ok. 13:30. Po 15-tej zameldowaliśmy się na parkingu McParking przy lotnisku, gdzie za 39 € można na tydzień zostawić auto, a obsługa transportuje nas busem (i odbiera) na lotnisko. Po oddaniu bagaży poszliśmy do bramek kontrolnych. Musieliśmy wyrzucić kupioną wodę, ponieważ obecne przepisy zezwalają na przewożenie tylko po 100ml płynu na osobę (kupiliśmy najmniejsze wody – po 500ml). Przez chwilę baliśmy się także o Agi kosmetyki, ponieważ ich „litraż” także przekraczał normy. Ale okazało się, że kosmetyki można przewozić, pod warunkiem, że są zapakowane w foliowe worki z zamknięciem. I tyle – znaleźliśmy się w hali odlotów, gdzie spędziliśmy kolejne 2 godziny oglądając ofertę sklepów bezcłowych, czytając gazety w kioskach czy robiąc to, co oboje bardzo lubimy, czyli tuląc się do siebie ;)

W końcu zajęlismy miejsca w samolocie (jakiś model Airbus’a). Poprosiliśmy o miejsca przy oknie, więc Aga przez cały lot mogła podziwiać widoki. Nasz lot odbywał się w godzinach zachodu słońca, więc kolory jakie malowało ono na chmurach były nieziemskie. Niestety – szyby były brudne i porysowane i nie było jak zrobić fanych zdjęć Trochę trzęsło, momentami nawet bardzo. Ale ostatecznie po 20-tej, już w nocy, wylądowaliśmy na lotnisku w Palma de Mallorca. Hotel wygląda na fajny, choć basen o wiele mniejszy niż wygląda na zdjęciach. Pokój czysty, ładna łazienka. Więcej powiemy, jak się rozejrzymy. Pogoda zapowiada się bajerancka. Sam fakt, że siedzę o 8 rano na balkonie w krótkim rękawku jest już dobrym znakiem :)

Pozdrawiamy wszystkich czytelników :)

Wojtek & (jeszcze śpiąca) Aga

Tagi:

Opublikowane 4 października, 2007 przez Wojtek

Dopóki śmierć nas nie rozłączy !

Jak to powiedział mój świadek gdy włożyliśmy sobie z Agnieszką obrączki po ślubowaniu – „i stało się” :) Po wielu latach spoglądania na siebie i krążenia wokół siebie, oraz 2 latach trudnego momentami (głównie z mojego powodu) bycia ze sobą, 29 września 2007 roku Agnieszka i ja wyznaliśmy przed Bogiem, iż chcemy od tej pory iść przez życie razem – jako małżeństwo, a z pewnością, za czas nie za długi, także jako rodzina :).

Ślub odbył się w sali Kościoła Bożego w Chrystusie w Gorzowie. Prowadzili go dwaj pastorzy – Bogdan Olechnowicz (gospodarz) i Artur Lubimow. Do cudownie wystrojonej sali wszedłem sam (towarzyszyła mi potem moja bratanica Hania). Na ścianie za mną migały nasze zdjęcia. Po chwili otworzyły się drzwi i poprzedzona korowodem kilkuletnich druhen i druhów weszła Agnieszka prowadzona przez swego Tatę. Co dalej – dużo by opowiadać – chętnych proszę o zgłoszenie się na maila – wyślę DVD z ceremonii :) O dziwo nie czułem żadnej tremy ani strachu. Jedynie w momencie przysięgi może trochę łamał mi się głos.

Inaczej było na przyjęciu weselnym – nagle spiąłem się tak, że długo nie potrafiłem się opanować. Nie umiem tańczyć, a dotarło do mnie, że to ja jestem panem młodym i prawdopodobnie będę musiał zatańczyć z całą masą ludzi :) Dlatego gdy jakoś udało mi się przebrnąć przez pierwszy taniec („Czekasz na tę jedną chwilę” Seweryna Krajewskiego) to nie wypuszczałem Agnieszki z objęć i starałem się tańczyć z nią tak dużo jak się dało. I chyba mi się udało :) Potem, późnym wieczorem, odważyłem się poprosić do tańca Anię – naszą wspaniałą świadkową. Co do samego wesela – przyjęcie odbyło się w domu weselnym „U Bartocha” (nazwa moja – nie szukajcie jej w żadnym opisie, bo to miejsce nie ma nazwy :o) ). Miejsce mogę polecić z czystym sercem – wszyscy byliśmy zadowoleni – sala duża, dobrze zorganizowana (oddzielny podest dla orkiestry, przestrzenny parkiet taneczny, klimatyczne oświetlenie), jedzenia dużo, smaczne i ciepłe, obsługa miła i szybka. Małym mankamentem był stan sali – gdzieniegdzie odrapane ściany i słupy. Właściciel – na etapie wpłacania zaliczki – obiecał usunąć te mankamenty, ale nie zrobił tego. Warto postarać się o dużą liczbę balonów, które by te mankamenty zakryły. Nam tak właśnie udało się sprawić, że sala naprawdę pięknie wyglądała. Jeszcze co do jedzenia – jak smakowało przekonałem się dopiero w poniedziałek wieczorem, gdy po pożegnaniu ostatnich gości usiedliśmy sobie wraz z moją nową rodziną i dzieliliśmy wrażeniami.

I zaczęło się nowe życie :) Od czterech dni mieszkamy z Agą razem. Co dzień budzę się obok niebiańskiej istoty i wierzcie mi – CHCE SIĘ ŻYĆ ! Teraz powoli pakujemy się na podróż poślubną, którą w prezencie ślubnym podarowało nam moje rodzeństwo. Lecimy na Majorkę :) Z istotnych rzeczy – musimy kupić nowe meble, tak, aby Agnieszka mogła w końcu rozpakować ostatnie walizki i poczuć się jak u siebie. No i ja wciąż przyzwyczajam się do obrączki na palcu :)

Jedno jest pewne – to co się stało jest CUDEM OD BOGA, ponieważ przez długie lata nie wierzyłem, że taki dzień kiedyś nastanie.

Na razie tylko jedno zdjęcie (sami czekamy na więcej). Sesję zdjęciową zrobiliśmy w niedzielę, ponieważ w sobotę lało długo, uprzedzam zatem, że to nie jest mój „oryginalny” ślubny krawat. Wybaczcie też moją zmęczoną minę, ale chyba dopiero na tej sesji – dzięki luźnej atmosferze stworzonej przez Pawła i Zbyszka – powoli mijał mi weselny stres.

Więcej zdjęć niebawem. A teraz prosimy wszystkich gości o opinie :)

Tagi:

Opublikowane 27 września, 2007 przez Wojtek

Przeprowadzka

Pierwszy był szampon. Aga kupiła go podczas jednych ze wspólnych zakupów w Tesco. A w zasadzie kupiła 2 spore szampony. Po co jej tyle tego – zastanawiałem się po cichu. Przy kasie drugi szampon wylądował w moich zakupach. „Weź go do domu” – powiedziała- „na później”. To była pierwsza z rzeczy Agnieszki jaka wylądowała na stały pobyt w moim domu. A dziś… Dzisiaj miała miejsce inwazja, którą przyrównać można chyba do słynnego D-Day, gdy tysiące alianckich żołnierzy uderzyło na plażę Normandii. Do ataku o miejsce w szafach i na półkach ruszyły, przywiezione przeze mnie: cały kufer i 3 solidne worki „Agnieszkowych” rzeczy. Moje bokserki poczuły się zagrożone, a skarpety okopały się w jednej z szuflad :) Niestety – będzie tylko gorzej. Dlatego aby pogodzić towarzystwo i ukrócić walki naszej garderoby postanowiliśmy – o ile hojność weselnych gości na to pozwoli – wymienić meble w mojej kawalerskiej świątyni klikania zamieniając ją na stylową sypialnię. I nastanie nowa szafa i nowe półki :)

A tak na serio – to bardzo przyjemnie i niespotykane uczucie. Wierzę, że pod gospodarną ręką i okiem Agi mój dom nabierze ciepła i przytulności, jakiej sam nie byłbym w stanie stworzyć.

Pozdrawiam

Wojtek

Ps. Wróciłem właśnie ze strojenia sali – odliczanie biegnie już bardziej w godzinach niż dniach :) A jak by kto nie wiedział tego jeszcze, to… KOCHAM MOJĄ AGĘ !!!!!!!!!!!

Related Posts with Thumbnails

Tagi: